Mojego bałtyckiego słowniczka ciąg dalszy. Poprzednie
pisane w porcie, to na morzu. Na północ od Jastarni, płynąc z zawrotną prędkością 1.8 kt. Noc ciemna i głucha i tylko ORP Lech wywołuje się z jachtami uparcie chcącymi przepłynąć po jego łańcuchu kotwicznym. Do
Nexo jeszcze daleko, a wiatr ma się zacząć około 6 rano. Gdy załoga kolektywnie odrzuca pomysł wejścia Władysławowa, prowadzącemu jednostkę pozostaje jedynie usiąść i coś napisać. Zdjęcia dołożę wkrótce.
K jak Kataryna – nie chodzi o popularną swego czasu blogerkę. Kataryna to innymi słowy silnik diesla w który wyposażone są jednostki morskie.
Kataryna wydaje z siebie dźwięki, które albo są kojące, albo wkurzające, zależnie od okoliczności. O katarynę każdy żeglarz dba. Pamiętać należy, że zarówno po angielsku, jak i po rosyjsku i francusku
jacht jest rodzaju żeńskiego. Należy więc traktować go jak kobietę, czyli zazwyczaj delikatnie. Trzymając się tej analogii, kataryna
to ta najdelikatniejsza część ciała kobiety, którą należy traktować z dbałością i atencją jak największą. Wszelkie gwałtowne ruchy manetką - surowo zabronione.
Ł jak ładowanie telefonów – na jachtach na których żegluję, są niestety jedno, może dwa gniazda zapalniczek, do których można wpiąć się z telefonicznymi ładowarkami. Problem w tym, że zwykle jest ich zdecydowanie mniej niż chętnych do ładowania telefonów niż gniazd co prowadzi do
wiecznej wojny gestów między członkami załogi. Sprawdzanie: "ty masz już 26% a ja tylko 9 - wyłączę Cię". Telefony najlepiej
przełączyć w tryb samolotowy, gdy kończy się zasięg, a najlepiej wziąć również ze sobą powerbank.
M jak morska choroba – największy mit i ściema żeglarstwa. Tzw. Choroba
morska nie istnieje. Jak jeszcze nie byłeś na morzu, to dalej nie
czytaj.
Istotą tego dziwnego zjawiska jest, moim przynajmniej
zdaniem, impreza w przeddzień wyjścia z portu. Na to zjawisko istnieje inna nazwa – kac.
Załogi pierwszego dnia, siedzą zwykle na pokładzie, wierząc, że ochroni ich to przed
nieprzyjemnymi skutkami bujania. Trochę tak jest, że gdy się stoi na sterze, jest jakoś łatwiej.
Najważniejsze, to się nie poddać. Widziałem ludzi, którzy najedli się aviomarinu i szli spać na 50 godzin. Znam takich, którzy nagle przestają komunikować – nie wykonują poleceń i innych, którzy poruszają się wówczas pod pokładem na czworaka. Znam też takich, którzy wymiotują – i Ci są najrozsądniejsi – trzeba to z siebie po prostu wyrzucić i tyle. Najgorsze natomiast co można zrobić, to się poddać i przeczekiwać bezczynnie skupiając się na swoim cierpieniu.
Wtedy nie ma szans, żeby samo z siebie przeszło. Trzeba się czymś zająć. Różne metody, których pełno można znaleźć w internecie – wszystkie są skuteczne. Pod warunkiem, że się w nie uwierzy. Do pewnego czasu byłem przekonany, że pomaga imbir. Gdy podałem go koleżance i natychmiast zwróciła tyle co zjedzony obiad – przestałem weń wierzyć. Równie skuteczne jest po
prostu uwierzyć, że choroba morska nie istnieje i to moja najbardziej
preferowana metoda jej leczenia.
A poza tym, jak
mawiają starzy żeglarze, najbardziej niezawodna metoda to usiąść pod najbliższym drzewem.
Tak zwana choroba
morska, ma kilka stadiów przystosowania:
Pierwsze – wytrzymać w ogóle i się na jachcie nie męczyć.
Drugie – wytrzymać w mesie siedząc i normalnie rozmawiając
Trzecie – ugotować obiad na wodzie
Czwarte – „dwójka” w toalecie.
N jak noc. Noc na morzu to wielkie przeżycie za pierwszym razem. Za każdym następnym zresztą niewiele mniejsze. W
nocy wyłażą na Bałtyk statki i suną sobie bezdźwięcznie po morzu, złowrogo tylko łypiąc światłami. Noc to moment, gdy
na jachcie życie zwykle zamiera.
Pomijając pierwsze dni rejsów stażowych na wysokiej fali,
gdy załogi wykazują ogromne zainteresowanie spędzaniem czasu na pokładzie. Noc to świetny moment, by w bajdewindzie, w kabinie
dziobowej, położyć się w poprzek, oprzeć stopy o sufit i pogadać o życiu, posłuchać chlupoczącej wody, albo przeraźliwego łomotu dziobu walącego o falę. Załogi w nocy uwielbiają pasjami światło. Latarki mrugają jak stroboskopy na dyskotece, oślepiając wszystkich wokół. Jednym z wymogów uzyskania morskiego świadectwa zdrowia, jest przejście testów psychotechnicznych w tym noktowizji i wrażliwości na olśnienia. W nocy, w co nikt z załóg nie chce uwierzyć – jest tak naprawdę mnóstwo światła. Trzeba tylko dać oczom szansę je znaleźć, a źrenicom chwilę na otwarcie się. Nie nadużywajmy.
O jak Obywatel N. Czyli Neptun – Nie wiem czy rozsądnie o tym pisać mając przed sobą jeszcze kilkadziesiąt mil do przepłynięcia. Zaryzykuję. Wyjątkowo mściwy typ, który wespół z wiatrem rozdaje
karty na morzu.
Będąc żeglarzem, człowiek staje się przesądny. Nie dalej jak wczoraj, dwie godziny po tym
jak do osobistego logbooka wpisałem sobie, że płynę do Nexo, a byłem jeszcze w drodze – urwała mi się szekla podtrzymująca genuę. Aż strach pomyśleć co by było, gdybym wpisał port przeznaczenia do dziennika jachtowego. Nigdy
go nie prowokujcie, a kilkadziesiąt mililitrów whisky wlanej do morza nie jest całkowicie inwestycją bez zwrotu.
P jak prowiant. A co za tym idzie jedzenie. Na ogół początkujące załogi myślą, że będą w stanie jeść. Życie dość szybko to weryfikuje. Najczęściej kupowane: ryż, makaron i wszelkie do nich dodatki. Dziwnym
trafem wszyscy nagle na morzu lubią jeść kisiel – bo podobno wychodzi tak samo łatwo jak wchodzi.
R jak rozmowy – tych na morzu sporo,
zwykle rzecz jasna morskie opowieści. Na rejsach stażowych zabawne w dwójnasób, bo załogi zwykle świeże – drugi albo trzeci raz w morzu, a opowieści jak z czterdziestoletniej kariery rybaka z
Jersey. Głównym tematem są oczywiście „uprawnienia”. Co zabawne, nikt jeszcze w przekonujący sposób nie odpowiedział mi na pytanie na co mu
właściwie te uprawnienia. Pytań pojawia się bardzo wiele. W ramach tego bloga myślę, że zrobię swego czasu swoiste FAQ, gdzie najczęstsze pytania się pojawią.
S jak seks – chodzę nieogolony, niedomyty, niewyspany, w brudnych
ubraniach. Przesiąkam specyficznym
zapachem łódki, fajek i kawy. Na
miasto wychodzę w spodniach od dresu,
bo nie chce mi się przebierać i nawet latem zdarza mi się nosić wełnianą czapkę. Bluza z kapturem, którą mam, służy mi już od lat trzech. Ale mimo to uważam się za dżentelmena pełną gębą i o seksie, a szczególnie swoich doświadczeniach w tej materii pisał nie będę, bo nie wypada. Zresztą o czym pisać po powyższym opisie, jakże seksownego żeglarza. A kto się dał nabrać, niech też uważa na reklamy w telewizji
i innego rodzaju działania marketingowe.
T jak tęsknota -żeglarze to najwięksi schizofrenicy na świecie. Na morzu tęsknią za lądem, a na lądzie za morzem. Tęsknota żeglarska jest jednak inna niż lądowa. Na morzu niby się ciągle coś dzieje, ale jednak stałe pozbawienie się bodźców, które wpływają na przeciętnego mieszkańca dużego miasta, powoduje, że tęskni się dużo intensywniej. Tęskni się do osób, które nawet przelotnie się niegdyś poznało, jakichś pociągowych znajomości, portowych przelotnych flirtów sprzed kilku miesięcy, przyjaciół żeglarzy, których znało się tydzień lata temu, a kontakt się gdzieś utrzymał. Dwutygodniowa z kimś znajomość, w warunkach gdy nie ma bodźców, które mogłyby ją przyćmić, jest materiałem do wielogodzinnych wspomnień, analizy każdego szczegółu czasu spędzonego wspólnie, każdego gestu i słowa, spojrzenia. Osoby stają się sobie niezwykle bliskie
w niezwykle krótkim czasie. Ktoś, kto schodzi na ląd i trafia w wir zajęć codziennych, innych emocji i problemów – zapomina. Żeglarz natomiast tęskni tak intensywnie jak bardzo intensywnie pamięta, a pamięta jako się rzekło bardzo intensywnie. Monotonia morza nie
dostarcza wystarczającej ilości bodźców pozwalających na szybkie zapominanie. Więzi w tym świecie tworzą się szybko i bywają zadziwiająco trwałe – dużo trwalsze niż te zawarte na lądzie.
W jak wiatr – demiurg i jedyny
prawdziwie rozdający karty na morzu. W
zależności od tego czy wieje i jak wieje można płynąć albo i nie. Im dłużej się pływa, tym bardziej żeglarz zdaje sobie sprawę z tego jak wąski tak naprawdę jest „przedział żeglowny”. No bo tak: przeciętny morski jacht ma
szansę wypełnić żagle i nabrać jakiejkolwiek prędkości sensownej gdy wieje lekko powyżej 12 węzłów i tak naprawdę najfajniej żegluje się gdzieś do węzłów 20 – 25. Powyżej 25 trzeba uż myśleć o refowaniu, w okolicach 30 zwykle zaczyna łódkę już dość poważnie przechylać. Powyżej 35 wszystko wyje, gwiżdże i huczy, przy ponad 40 robi się już bardzo, bardzo
nieprzyjemnie. Nie dość, że wiatr jest na tyle wredny, że wieje z różną siłą, co zmusza do sporych kombinacji to jeszcze wieje
z różnych kierunków, co również bywa upierdliwe. Jak za
bardzo z przodu – źle bo nie popłyniesz, a nawet jak popłyniesz to będziesz jechać na burcie i chodzić głodny, bo w przechyle
nikt nie da rady niczego ugotować. Jak za bardzo z tyłu – znowu problem, bo grot
zasłania genuę i się źle steruje, a poza tym niewprawieni sternicy
doprowadzają do niekontrolowanych
zwrotów przez rufę…
Z jak „za cudowne ocalenie” – żeglarski toast. Nie pije
się „na zdrowie”, ani żadne takie. Za cudowne ocalenie w warunkach bałtyckich, jest toastem najbardziej stosownym.